Rozdział II
Fala czerwieni zalała niebo, zmywając z niego resztki błękitnej farby, zachodzącemu słońcu towarzyszył niespokojny szum wody, która rozbijała się o skały.
Nathan spojrzał się za siebie. Znów ujrzał jedynie morski pejzaż, a w pobliżu żadnej żywej duszy. Uspokój się, pomyślał, kręcąc głową. Przez całą drogę nie mógł pozbyć się wrażenia, że ktoś go śledzi.
Wchodząc po kamiennej ścieżce, starał się przełknąć dopadający go z wolna niepokój. Wcale nie miał ochoty się z nim spotykać, gdyż wiedział, czym się takie wyprawy zwykle kończą. Odkąd pamiętał, on zawsze był tym silniejszym.
Zacisnął pięści. Co to ma być? - skarcił się w myślach. Syn wszechpotężnego Zeusa nie lęka się niczego i nikogo. To właśnie oni powinni się jego bać.
Na szczycie klifu wiała delikatna morska bryza, przeczesująca wysokie, zanurzone w pomarańczowym blasku trawy. Nathan rozejrzał się dokładnie, lecz nie dostrzegł nigdzie swojego przeciwnika. Wypełniło go natychmiastowe uczucie ulgi i triumfu. Czyli stchórzył, wywnioskował chłopiec, po nie długiej chwili namysłu. Ha, jednak nie miał tyle odwagi, by stanąć oko w oko z prawowitym dziedzicem boskiego tronu.
Nastolatek, z wyrazem dumy, malującym się na jego twarzy, odwrócił się z powrotem w stronę ścieżki, gdy nagle poczuł tępy ból.
Jakaś niewidzialna siła przewróciła go, przytwierdziła do gruntu i zaczęła bez skrupułów miażdżyć. Nathan poczuł się jak w imadle, nie mógł złapać oddechu, przed oczami zrobiło mu się ciemno. Szarpał się, próbował bronić, nie chciał poddać się bez walki. Ostatkami sił wyzwolił z siebie energię, która przemieniła się w potężny sztorm. Na niebie rozbłysły błyskawice, huragan porywał do chaotycznego tańca krzewy i drzewa, fale odrywały fragmenty brzegu. Mimo to, ból potęgował z każdą sekundą. Jego ciało wydawało się teraz tak kruche i bezbronne. Chłopak czuł, jak powoli ulatuje z niego życie. Wiatr rozwiewał jego włosy.
Nagle tajemnicza siła zniknęła. Nathan znów mógł oddychać, do jego płuc napłynęło świeże powietrze. Wywołana przez niego wichura także ustała.
Zdezorientowany chłopiec usiadł powoli i rozmasował obolałe mięśnie.
- Niezłe przedstawienie.
Nath wzdrygnął się. Słowa zabrzmiały niczym syk węża, podszyte jadem i jedyną w swoim rodzaju ironią. Ten głos mógł należeć tylko do jednej istoty. Chłopak poczuł wzbierającą w nim nienawiść.
- Tylko mi nie wmawiaj, że przestraszyłeś się byle bryzy - odparł kąśliwie. Przed oczami Nathana pojawiła się wysoka postać, o wyjątkowo podłym spojrzeniu, zarezerwowanym wyłącznie dla syna władcy śmierci. Wyłącznie dla Alana Cartera.
- Nie, skąd. Ja po prostu jestem pod wrażeniem, jak w ciągu tak krótkiej chwili można zrobić z siebie tak wielkiego idiotę - zaszydził.
Nathan podniósł się z ziemi, ratując resztki godności, i wypiął dumnie pierś. Obecność swojego przeciwnika zawsze, w jakiś niedorzeczny sposób, dodawała mu pewności siebie.
- Zdajesz sobie w ogóle sprawę, z kim zadzierasz?
Chłopiec dostrzegł w malachitowych oczach Cartera cień rozbawienia, co dodatkowo podsyciło jego gniew.
- Może lepiej mi powiesz, Synu Zeusa - skłonił się teatralnie, próbując powstrzymać wybuch śmiechu - czym zasłużyłem sobie na to spotkanie?
Nathan skierował wzrok na morze, które pochłonęło ostatnie promienie dnia, ignorując zupełnie szopkę odstawianą przez Cartera. Tak, jakby właśnie uświadomił sobie coś naprawdę ważnego.
- Pytia przemówiła. Jest nas więcej.
Z twarzy Alana zniknął uśmiech.
- Jak to, więcej?
Nie mogła w to uwierzyć. Pierwszy dzień w nowym mieście, a już wpadła pod czyjeś koła. Uspokoiwszy oddech, starała się zapomnieć o całym zajściu. Bo w końcu po co strzępić sobie nerwy, z powodu takiego dupka? A tak poza tym, Amelia nie należała raczej do osób pamiętliwych.
Dziewczyna strzepała z siebie cały brud i z pewną miną ruszyła przez plażę. Dzień ustępował powoli nocy, musiała się śpieszyć, by wrócić o ustalonej porze do domu. Jej apodyktyczna ciotka nie zniesie nawet pięciominutowego spóźnienia.
Kiedyś Amelia pewnie by się tym przejęła, ale teraz, spacerując boso po chłodnym piasku, naszła ją głupia myśl. W końcu ma już szesnaście lat, a w Ameryce, to już prawie jak pełnoletność. Nikt chyba nie miałby nic przeciwko, jakby zamiast na South Street 24 skierowała się "przypadkiem" do pobliskiego baru. Poza tym musiała jakoś odreagować po dzisiejszym incydencie.
Amelia zbadała dogłębnie najbliższe otoczenie. Ciemna kotara zakryła już całkowicie niebo, a po niej zaczął leniwie wspinać się trupioblady księżyc. Latarnie przy drodze rozbłysły jasnym światłem, oświetlając pieszym drogę. Wszystko to wyglądało tak niesamowicie, gdy odbijało się od niewzburzonej tafli morza.
Dziewczyna zaczęła wodzić wzrokiem za jakimś przystępnym pubem, gdy ujrzała niedaleko dość wyraźny napis Bania u Billy'ego, rażący neonowym blaskiem. Zapowiada się ciekawie, nawet, jeżeli to zwykła, pospolita speluna. Amelia przystanęła na chwilę i zamknęła oczy, skupiając wszystkie myśli na swoim wnętrzu, na mikroskopijnych cząsteczkach krążących bez przerwy w jej ciele. Doznała nikłego mrowienia, czuła, jak z wolna zmieniają się jej rysy twarzy, wydłuża sylwetka i powiększają nieznacznie piersi. Wyciągnęła z kieszeni małe lusterko, po czym z uśmiechem się w nim przejrzała. Wyglądała teraz na co najmniej dwadzieścia parę lat. Na pewno nikt nie zapyta ją o dowód.
Na szczycie klifu wiała delikatna morska bryza, przeczesująca wysokie, zanurzone w pomarańczowym blasku trawy. Nathan rozejrzał się dokładnie, lecz nie dostrzegł nigdzie swojego przeciwnika. Wypełniło go natychmiastowe uczucie ulgi i triumfu. Czyli stchórzył, wywnioskował chłopiec, po nie długiej chwili namysłu. Ha, jednak nie miał tyle odwagi, by stanąć oko w oko z prawowitym dziedzicem boskiego tronu.
Nastolatek, z wyrazem dumy, malującym się na jego twarzy, odwrócił się z powrotem w stronę ścieżki, gdy nagle poczuł tępy ból.
Jakaś niewidzialna siła przewróciła go, przytwierdziła do gruntu i zaczęła bez skrupułów miażdżyć. Nathan poczuł się jak w imadle, nie mógł złapać oddechu, przed oczami zrobiło mu się ciemno. Szarpał się, próbował bronić, nie chciał poddać się bez walki. Ostatkami sił wyzwolił z siebie energię, która przemieniła się w potężny sztorm. Na niebie rozbłysły błyskawice, huragan porywał do chaotycznego tańca krzewy i drzewa, fale odrywały fragmenty brzegu. Mimo to, ból potęgował z każdą sekundą. Jego ciało wydawało się teraz tak kruche i bezbronne. Chłopak czuł, jak powoli ulatuje z niego życie. Wiatr rozwiewał jego włosy.
Nagle tajemnicza siła zniknęła. Nathan znów mógł oddychać, do jego płuc napłynęło świeże powietrze. Wywołana przez niego wichura także ustała.
Zdezorientowany chłopiec usiadł powoli i rozmasował obolałe mięśnie.
- Niezłe przedstawienie.
Nath wzdrygnął się. Słowa zabrzmiały niczym syk węża, podszyte jadem i jedyną w swoim rodzaju ironią. Ten głos mógł należeć tylko do jednej istoty. Chłopak poczuł wzbierającą w nim nienawiść.
- Tylko mi nie wmawiaj, że przestraszyłeś się byle bryzy - odparł kąśliwie. Przed oczami Nathana pojawiła się wysoka postać, o wyjątkowo podłym spojrzeniu, zarezerwowanym wyłącznie dla syna władcy śmierci. Wyłącznie dla Alana Cartera.
- Nie, skąd. Ja po prostu jestem pod wrażeniem, jak w ciągu tak krótkiej chwili można zrobić z siebie tak wielkiego idiotę - zaszydził.
Nathan podniósł się z ziemi, ratując resztki godności, i wypiął dumnie pierś. Obecność swojego przeciwnika zawsze, w jakiś niedorzeczny sposób, dodawała mu pewności siebie.
- Zdajesz sobie w ogóle sprawę, z kim zadzierasz?
Chłopiec dostrzegł w malachitowych oczach Cartera cień rozbawienia, co dodatkowo podsyciło jego gniew.
- Może lepiej mi powiesz, Synu Zeusa - skłonił się teatralnie, próbując powstrzymać wybuch śmiechu - czym zasłużyłem sobie na to spotkanie?
Nathan skierował wzrok na morze, które pochłonęło ostatnie promienie dnia, ignorując zupełnie szopkę odstawianą przez Cartera. Tak, jakby właśnie uświadomił sobie coś naprawdę ważnego.
- Pytia przemówiła. Jest nas więcej.
Z twarzy Alana zniknął uśmiech.
- Jak to, więcej?
~*~
Dziewczyna strzepała z siebie cały brud i z pewną miną ruszyła przez plażę. Dzień ustępował powoli nocy, musiała się śpieszyć, by wrócić o ustalonej porze do domu. Jej apodyktyczna ciotka nie zniesie nawet pięciominutowego spóźnienia.
Kiedyś Amelia pewnie by się tym przejęła, ale teraz, spacerując boso po chłodnym piasku, naszła ją głupia myśl. W końcu ma już szesnaście lat, a w Ameryce, to już prawie jak pełnoletność. Nikt chyba nie miałby nic przeciwko, jakby zamiast na South Street 24 skierowała się "przypadkiem" do pobliskiego baru. Poza tym musiała jakoś odreagować po dzisiejszym incydencie.
Amelia zbadała dogłębnie najbliższe otoczenie. Ciemna kotara zakryła już całkowicie niebo, a po niej zaczął leniwie wspinać się trupioblady księżyc. Latarnie przy drodze rozbłysły jasnym światłem, oświetlając pieszym drogę. Wszystko to wyglądało tak niesamowicie, gdy odbijało się od niewzburzonej tafli morza.
Dziewczyna zaczęła wodzić wzrokiem za jakimś przystępnym pubem, gdy ujrzała niedaleko dość wyraźny napis Bania u Billy'ego, rażący neonowym blaskiem. Zapowiada się ciekawie, nawet, jeżeli to zwykła, pospolita speluna. Amelia przystanęła na chwilę i zamknęła oczy, skupiając wszystkie myśli na swoim wnętrzu, na mikroskopijnych cząsteczkach krążących bez przerwy w jej ciele. Doznała nikłego mrowienia, czuła, jak z wolna zmieniają się jej rysy twarzy, wydłuża sylwetka i powiększają nieznacznie piersi. Wyciągnęła z kieszeni małe lusterko, po czym z uśmiechem się w nim przejrzała. Wyglądała teraz na co najmniej dwadzieścia parę lat. Na pewno nikt nie zapyta ją o dowód.
~*~
...Na zachodnim wybrzeżu przeszła niespodziewanie gwałtowna wichura, powodując ogromne straty materialne. Kilka osób poniosło poważne obrażenia, jedna ofiara śmiertelna. Nasi meteorolodzy wciąż nie wiedzą, co było powodem tego chwilowego, acz katastrofalnego w skutkach sztormu...
Chłopiec wyłączył radio, a jego oczy przybrały krwisty odcień.
- Wiedziałeś coś o tym? - szepnął, bawiąc się brelokiem telefonu.
- No raczej. - W jego głowie zabrzmiało złowrogie echo. - Przecież przed chwilą puściłeś mi audycję.
- Nie o to mi chodzi. - Chłopak przewrócił oczami. - Miałem na myśli to, o czym mówiłem ci wcześniej.
- Ah, pewnie, że wiedziałem - odezwał się głos takim tonem, jakby rozprawiał właśnie o czymś tak banalnym, jak dodawanie liczb naturalnych. - Czemu niby miałbym nie wiedzieć, co wyprawiają moi bracia i siostry?
Chłopiec poczuł wzbierający w nim gniew. Wstał gwałtownie od stołu i przewrócił najbliższą lampę. Kawałki szkła leżały na podłodze wśród strużek krwi.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?! - krzyknął, pełen wyrzutów. - To znowu jakaś cholerna gra? Mam tego już dosyć! Od dzisiaj masz mi o wszystkim mówić.
Nagle do gardła napłynęła mu znikąd gorzka ciecz, wypalając jego poliki od wewnątrz. Chłopak, nie mogąc złapać oddechu, zsunął się na ziemię i złapał się za krtań. Miał wrażenie, że tonął. Z jego ust wydostał się litr czystego, niczym nierozcieńczonego spirytusu, piekło go nieznośnie całe podniebienie. Chłopiec podniósł głowę.
- Następnym razem nie będę tak łaskawy - zagrzmiało przepełnione grozą echo w jego umyśle.
- Nie o to mi chodzi. - Chłopak przewrócił oczami. - Miałem na myśli to, o czym mówiłem ci wcześniej.
- Ah, pewnie, że wiedziałem - odezwał się głos takim tonem, jakby rozprawiał właśnie o czymś tak banalnym, jak dodawanie liczb naturalnych. - Czemu niby miałbym nie wiedzieć, co wyprawiają moi bracia i siostry?
Chłopiec poczuł wzbierający w nim gniew. Wstał gwałtownie od stołu i przewrócił najbliższą lampę. Kawałki szkła leżały na podłodze wśród strużek krwi.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?! - krzyknął, pełen wyrzutów. - To znowu jakaś cholerna gra? Mam tego już dosyć! Od dzisiaj masz mi o wszystkim mówić.
Nagle do gardła napłynęła mu znikąd gorzka ciecz, wypalając jego poliki od wewnątrz. Chłopak, nie mogąc złapać oddechu, zsunął się na ziemię i złapał się za krtań. Miał wrażenie, że tonął. Z jego ust wydostał się litr czystego, niczym nierozcieńczonego spirytusu, piekło go nieznośnie całe podniebienie. Chłopiec podniósł głowę.
- Następnym razem nie będę tak łaskawy - zagrzmiało przepełnione grozą echo w jego umyśle.
________________________________________________
Przepraszam, że rozdział dodaję dopiero teraz, ale ostatnio nie miałam dostępu do świata wirtualnego. Również przepraszam za wszystkie błędy i literówki, popełnione zapewne w pośpiechu. A tak poza tym, pozdrawiam gorąco! ;) Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał. Jeszcze raz za wszystko przepraszam i do zobaczenia!