poniedziałek, 29 października 2012

Rozdział 1.1

KSIĘGA PIERWSZA

Świt nad Olimpem


Rozdział I

Niepojęty ból.
Usłyszał przeraźliwy krzyk, wydzierający się z jego gardła. Macki ciemności dopadły go znienacka, oplotły się w okół jego ciała i zacisnęły, pozbawiając chłopca tchu.
Lęk i niepewność wypełniły jego wnętrze, nie wiedział, kim jest, skąd pochodzi i co tutaj robi. Nie wiedział nic.
Czerń i pustka.
Swoje myśli skupił jedynie na przeszywającym bólu, uczuciu, które wypalało go od środka. Miał wrażenie, że coś rozrywa go na kawałeczki, że zaraz jego serce stanie.
Nagle, w mroku ujrzał istotę. W głębi duszy zapłonął pojedynczy promyk nadziei. Skierował swe nieprzytomne oczy na postać, która przyglądała się mu w milczeniu.
Jego myśli eksplodowały, do głowy wdarł się niesamowity pisk. Krew lała się strumieniami, czerwień była wszędzie.
I wtedy nastała cisza.
Węzły puściły.
Cierpienie się skończyło, koniec przedstawienia. Chłopiec podniósł głowę i spostrzegł, że powrócił do rzeczywistości. Próbując uspokoić oddech, wstał, cały dygocąc.
- I co? Nie było przecież aż tak źle. - W jego głowie odbił się echem przepełniony grozą głos. Czyżby chłopak wyczuł w nim także rozbawienie?
-  Po co to wszystko?! - wydarł się oskarżycielsko i powolnym krokiem wszedł do łazienki. Oparłszy dłonie na zimnym brzegu umywalki, przemył twarz lodowatą wodą.
- Wątpisz we mnie? - odpowiedziało złowieszcze echo. - Nie zapominaj, kto tu rozdaje karty.
Chłopiec poczuł ukłucie złości. A ty nie zapominaj, że bez mojej pomocy nie jesteś w stanie nic zrobić, pomyślał.
W lustrze odbiły się jak krople krwi dwie szkarłatne tęczówki.

*

Samantha wbiła wzrok w marmurową posadzkę i westchnęła cicho. Dziś otwiera się zupełnie nowy dział w jej życiu, nie wie, czy poradzi sobie, wrzucona tak gwałtownie do zupełnie obcego środowiska. Pomyślała o poprzedniej szkole i od razu wypełniło ją przyjemne ciepło. Tam miała wielu przyjaciół od piaskownicy, nigdy nie musiała zawierać nowych znajomości, dzielić się  urywkami swojej duszy z kimś nieznajomym.
A teraz przyszedł czas na niespodziewaną próbę osobowości.
Serce biło jej z każdą minutą coraz szybciej. Nuciła sobie cicho pod nosem jedną z symfonii Mozarta na uspokojenie. Muzyka była jej pewną strefą komfortu, nieokreśloną przestrzenią, która dodawała jej odwagi. To dzięki niej zaczęła poznawać świat, czuła się tak jakby częścią jakiegoś większego utworu.
- Panno Willard. - Samantha wzdrygnęła się. Ten głos był tak ciepły i przyjemny dla ucha, że mógł należeć tylko do jednej osoby.
- Już idę, pani Brutermeier - Dziewczyna wstała, otrzepała się i podeszła do dość pulchnej sekretarki o miłym wyrazie twarzy, ukrytej za stertą dokumentów. Świadomość, że w pobliżu jest znana jej i godna zaufania osoba, napawała Samanthę swego rodzaju otuchą. Mimowolnie jej kąciki ust uniosły się, formując coś na kształt uśmiechu.
- O to twoje papiery. Cieszę się, że będziemy mogły spędzać ze sobą trochę więcej czasu. -W oczach kobiety płonęły jak zwykle przyjazne iskierki. Wręczyła nastolatce plik kartek i kwitnącego storczyka. - Zanieś jeszcze ten kwiat twojej mamie i podziękuj jej ode mnie za ten przepis. Mały Will w końcu zaczął jeść coś, co nie zawiera sztucznych barwników.
Oj, nie wiem, czy ten Will jest rzeczywiście taki mały, pomyślała Samantha. Sposób żywienia rodziny Brutermeier odbiega nieco od dietetycznych standardów. Nastolatka zawsze po obiedzie u pani Theresy była tak pełna, że mogłaby nie jeść przez kilka dni, a i tak nie cierpiałaby głodu.
- A, i jeszcze chciałam ci powiedzieć, że w szkole będę odzywała się do ciebie w bardziej formalny sposób.  No wiesz, nie chcę, by dyrekcja pomyślała, że spoufalam się z uczniami - dodała sekretarka i uśmiechnęła się po sąsiedzku.
Samantha kiwnęła głową i bezszelestnie opuściła gabinet. Na korytarzu panował jak zwykle nieznośny hałas, spotęgowany dodatkowo szmerem wysłużonej klimatyzacji. Samantha lubiła taki natłok różnych dźwięków. Potrafiła nawet w największym harmidrze wyodrębnić pojedynczą wymianę zdań czy szelest kartek zeszytu.
Nastolatka spuściła wzrok i ruszyła przez obszerny, acz zapełniony nowo przybyłymi uczniami korytarz.


*

- Skąd u ciebie tyle bezczelności?! - wyrwało się w końcu staruszkowi z gardła. Conrad przewrócił oczami i wstał od stołu. Znowu się zaczyna, weteran wygłasza kazanie. Jakby od tego zależał los Stanów Zjednoczonych.
Powstrzymując wybuch złości, wyszedł z pokoju i szybkim marszem dotarł do niewykończonego garażu.
Chłopca uderzył zapach benzyny i smaru, co wywołało na jego twarzy szeroki uśmiech. Chyba bardziej od otwartej toni oceanu i wysokich fal koiła go jedynie prędkość.
Otworzył drzwi garażu i wsiadł za kierownicę sędziwego auta.
SUV odpalił. Wyjeżdżając zza zakrętu, chłopak wrzucił wyższy bieg i skierował się ku portowi. Odczuwał ogromną potrzebę zażycia paru głębszych. Uśmiechnął się pod nosem. Gdyby jego matka to widziała, gdziekolwiek teraz jest.
Słońce chyliło się powoli ku zachodowi. Przydrożne domy zalśniły czerwienią, wszystko tonęło w ciepłych, letnich barwach. Conrad nieznacznie przyśpieszył, gdy nagle ktoś przebiegł mu drogę.
W miarę szybko zareagował. Samochód zatrzymał się, lecz i tak doszło do zderzenia. Ciało odbiło się od maski i wylądowało z tyłu wozu. Chłopiec zjechał na pobocze i ze strachem w oczach podbiegł do leżącej na jezdni osoby.
Serce zabiło mu szybciej. Starał się przypomnieć sobie te wszystkie lekcje z edukacji o bezpieczeństwie i zaklął cicho pod nosem. Rozejrzał się w okół: ulica opustoszała, nie ma przy sobie telefonu. Co powinien zrobić najpierw? Ach tak, puls.
Złapał osobnika za nadgarstek i sprawdził tętno. Nic, zero. W duchu miał nadzieję, że jedynie coś źle zmierzył. Przyłożył swoje ucho do piersi potrąconego, myśląc, że może usłyszy bicie serca albo chociaż oddech. Pełen napięcia wyczekiwał jakiejkolwiek oznaki życia, kiedy poczuł uderzenie w policzek. Wzdrygnął się i złapał za twarz zszokowany.
- Co ty robisz, zboczeńcu! - Dotarły do niego jakieś słowa. Oniemiały spojrzał w dół. Pochylał się właśnie nad jakąś rozwścieczoną dziewczyną o grafitowym spojrzeniu, która zdawała się być lepiej rozeznana w sytuacji niż on. Przez to zamieszanie nie spostrzegł nawet, kogo próbował uratować.
- Ja tylko próbowałem ci pomóc! - bronił się Conrad, wciąż lekko zaskoczony. Dziewczyna wydawała się tracić resztki cierpliwości.
- Jakbyś nie zauważył, trzymam się świetnie, a teraz zejdź ze mnie! - Brązowowłosa zgromiła go wzrokiem. Conrad natychmiast wstał, po czym rzucił jej podobne spojrzenie. W dzisiejszych czasach nie można liczyć nawet na odrobinę wdzięczności.
- To po co pchałaś mi się pod koła?! - wykrzyczał oburzony.
- Wydaje mi się, że to ty chyba ty bardziej się uderzyłeś - odburknęła. - Kto po terenie zabudowanym jeździ z taką prędkością, idioto?!
- Odwal się ode mnie i od mojej jazdy!
- A idź się pie*dolić! - warknęła i, ukazując jednoznaczny gest "przyjaźni", ruszyła pewnym krokiem w stronę molo. Conrad rzucił w jej stronę ostatnie spojrzenie i wrócił za kierownicę. Wciąż nie mógł się na dziwić, jak po takim zderzeniu, ta dziewczyna mogła jeszcze ustać na nogach.