poniedziałek, 5 listopada 2012

Rozdział 2.1

Rozdział II

Fala czerwieni zalała niebo, zmywając z niego resztki błękitnej farby, zachodzącemu słońcu towarzyszył niespokojny szum wody, która rozbijała się o skały.
Nathan spojrzał się za siebie. Znów ujrzał jedynie morski pejzaż, a w pobliżu żadnej żywej duszy. Uspokój się, pomyślał, kręcąc głową. Przez całą drogę nie mógł pozbyć się wrażenia, że ktoś go śledzi.
Wchodząc po kamiennej ścieżce, starał się przełknąć dopadający go z wolna niepokój. Wcale nie miał ochoty się z nim spotykać, gdyż wiedział, czym się takie wyprawy zwykle kończą. Odkąd pamiętał, on zawsze był tym silniejszym.
Zacisnął pięści. Co to ma być? - skarcił się w myślach. Syn wszechpotężnego Zeusa nie lęka się niczego i nikogo. To właśnie oni powinni się jego bać.
Na szczycie klifu wiała delikatna morska bryza, przeczesująca wysokie, zanurzone w pomarańczowym blasku trawy. Nathan rozejrzał się dokładnie, lecz nie dostrzegł nigdzie swojego przeciwnika. Wypełniło go natychmiastowe uczucie ulgi i triumfu. Czyli stchórzył, wywnioskował chłopiec, po nie długiej chwili namysłu. Ha, jednak nie miał tyle odwagi, by stanąć oko w oko z prawowitym dziedzicem boskiego tronu.
Nastolatek, z wyrazem dumy, malującym się na jego twarzy, odwrócił się z powrotem w stronę ścieżki, gdy nagle poczuł tępy ból.
Jakaś niewidzialna siła przewróciła go, przytwierdziła do gruntu i zaczęła bez skrupułów miażdżyć. Nathan poczuł się jak w imadle, nie mógł złapać oddechu, przed oczami zrobiło mu się ciemno. Szarpał się, próbował bronić, nie chciał poddać się bez walki. Ostatkami sił wyzwolił z siebie energię, która przemieniła się w potężny sztorm. Na niebie rozbłysły błyskawice, huragan porywał do chaotycznego tańca krzewy i drzewa, fale odrywały fragmenty brzegu. Mimo to, ból potęgował z każdą sekundą. Jego ciało wydawało się teraz tak kruche i bezbronne. Chłopak czuł, jak powoli ulatuje z niego życie. Wiatr rozwiewał jego włosy.
Nagle tajemnicza siła zniknęła. Nathan znów mógł oddychać, do jego płuc napłynęło świeże powietrze. Wywołana przez niego wichura także ustała.
Zdezorientowany chłopiec usiadł powoli i rozmasował obolałe mięśnie.
- Niezłe przedstawienie.
Nath wzdrygnął się. Słowa zabrzmiały niczym syk węża, podszyte jadem i jedyną w swoim rodzaju ironią. Ten głos mógł należeć tylko do jednej istoty. Chłopak poczuł wzbierającą w nim nienawiść.
- Tylko mi nie wmawiaj, że przestraszyłeś się byle bryzy - odparł kąśliwie. Przed oczami Nathana pojawiła się wysoka postać, o wyjątkowo podłym spojrzeniu, zarezerwowanym wyłącznie dla syna władcy śmierci. Wyłącznie dla Alana Cartera.
- Nie, skąd.  Ja po prostu jestem pod wrażeniem, jak w ciągu tak krótkiej chwili można zrobić z siebie tak wielkiego idiotę - zaszydził.
Nathan podniósł się z ziemi, ratując resztki godności, i wypiął dumnie  pierś. Obecność swojego przeciwnika zawsze, w jakiś niedorzeczny sposób, dodawała mu pewności siebie.
- Zdajesz sobie w ogóle sprawę, z kim zadzierasz?
Chłopiec dostrzegł w malachitowych oczach Cartera cień rozbawienia, co dodatkowo podsyciło jego gniew.
- Może lepiej mi powiesz, Synu Zeusa - skłonił się teatralnie, próbując powstrzymać wybuch śmiechu - czym zasłużyłem sobie na to spotkanie?
Nathan skierował wzrok na morze, które pochłonęło ostatnie promienie dnia, ignorując zupełnie szopkę odstawianą przez Cartera. Tak, jakby właśnie uświadomił sobie coś naprawdę ważnego.
- Pytia przemówiła. Jest nas więcej.
Z twarzy Alana zniknął uśmiech.
- Jak to, więcej?

~*~

Nie mogła w to uwierzyć. Pierwszy dzień w nowym mieście, a już wpadła pod czyjeś koła. Uspokoiwszy oddech, starała się zapomnieć o całym zajściu. Bo w końcu po co strzępić sobie nerwy, z powodu takiego dupka? A tak poza tym, Amelia nie należała raczej do osób pamiętliwych.
Dziewczyna strzepała z siebie cały brud i z pewną miną ruszyła przez plażę. Dzień ustępował powoli nocy, musiała się śpieszyć, by wrócić o ustalonej porze do domu. Jej apodyktyczna ciotka nie zniesie nawet pięciominutowego spóźnienia.
Kiedyś Amelia pewnie by się tym przejęła, ale teraz, spacerując boso po chłodnym piasku, naszła ją głupia myśl. W końcu ma już szesnaście lat, a w Ameryce, to już prawie jak pełnoletność. Nikt chyba nie miałby nic przeciwko, jakby zamiast na South Street 24 skierowała się "przypadkiem" do pobliskiego baru. Poza tym musiała jakoś odreagować po dzisiejszym incydencie.
Amelia zbadała dogłębnie najbliższe otoczenie. Ciemna kotara zakryła już całkowicie niebo, a po niej zaczął leniwie wspinać się trupioblady księżyc. Latarnie przy drodze rozbłysły jasnym światłem, oświetlając pieszym drogę. Wszystko to wyglądało tak niesamowicie, gdy odbijało się od niewzburzonej tafli morza.
Dziewczyna zaczęła wodzić wzrokiem za jakimś przystępnym pubem, gdy ujrzała niedaleko dość wyraźny napis Bania u Billy'ego, rażący neonowym blaskiem. Zapowiada się ciekawie, nawet, jeżeli to zwykła, pospolita speluna. Amelia przystanęła na chwilę i zamknęła oczy, skupiając wszystkie myśli na swoim wnętrzu, na mikroskopijnych cząsteczkach krążących bez przerwy w jej ciele. Doznała nikłego mrowienia, czuła, jak z wolna zmieniają się jej rysy twarzy, wydłuża sylwetka i powiększają nieznacznie piersi. Wyciągnęła z kieszeni małe lusterko, po czym z uśmiechem się w nim przejrzała. Wyglądała teraz na co najmniej dwadzieścia parę lat. Na pewno nikt nie zapyta ją o dowód.

~*~

...Na zachodnim wybrzeżu przeszła niespodziewanie gwałtowna wichura, powodując ogromne straty materialne. Kilka osób poniosło poważne obrażenia, jedna ofiara śmiertelna. Nasi  meteorolodzy wciąż nie wiedzą, co było powodem tego chwilowego, acz katastrofalnego w skutkach sztormu...
Chłopiec wyłączył radio, a jego oczy przybrały krwisty odcień.
- Wiedziałeś coś o tym? - szepnął, bawiąc się brelokiem telefonu.
- No raczej. - W jego głowie zabrzmiało złowrogie echo. - Przecież przed chwilą puściłeś mi audycję.
- Nie o to mi chodzi. - Chłopak przewrócił oczami. - Miałem na myśli to, o czym mówiłem ci wcześniej.
- Ah, pewnie, że wiedziałem - odezwał się głos takim tonem, jakby rozprawiał właśnie o czymś tak banalnym, jak dodawanie liczb naturalnych. - Czemu niby miałbym nie wiedzieć, co wyprawiają moi bracia i siostry?
Chłopiec poczuł wzbierający w nim gniew. Wstał gwałtownie od stołu i przewrócił najbliższą lampę. Kawałki szkła leżały na podłodze wśród strużek krwi.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?! - krzyknął, pełen wyrzutów. - To znowu jakaś cholerna gra? Mam tego już dosyć! Od dzisiaj masz mi o wszystkim mówić.
Nagle do gardła napłynęła mu znikąd gorzka ciecz, wypalając jego poliki od wewnątrz. Chłopak, nie mogąc złapać oddechu, zsunął się na ziemię i złapał się za krtań. Miał wrażenie, że tonął. Z jego ust wydostał się litr czystego, niczym nierozcieńczonego spirytusu, piekło go nieznośnie całe podniebienie. Chłopiec podniósł głowę.
- Następnym razem nie będę tak łaskawy - zagrzmiało przepełnione grozą echo w jego umyśle.

________________________________________________

Przepraszam, że rozdział dodaję dopiero teraz, ale ostatnio nie miałam dostępu do świata wirtualnego. Również przepraszam za wszystkie błędy i literówki, popełnione zapewne w pośpiechu. A tak poza tym, pozdrawiam gorąco! ;) Mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał. Jeszcze raz za wszystko przepraszam i do zobaczenia!



poniedziałek, 29 października 2012

Rozdział 1.1

KSIĘGA PIERWSZA

Świt nad Olimpem


Rozdział I

Niepojęty ból.
Usłyszał przeraźliwy krzyk, wydzierający się z jego gardła. Macki ciemności dopadły go znienacka, oplotły się w okół jego ciała i zacisnęły, pozbawiając chłopca tchu.
Lęk i niepewność wypełniły jego wnętrze, nie wiedział, kim jest, skąd pochodzi i co tutaj robi. Nie wiedział nic.
Czerń i pustka.
Swoje myśli skupił jedynie na przeszywającym bólu, uczuciu, które wypalało go od środka. Miał wrażenie, że coś rozrywa go na kawałeczki, że zaraz jego serce stanie.
Nagle, w mroku ujrzał istotę. W głębi duszy zapłonął pojedynczy promyk nadziei. Skierował swe nieprzytomne oczy na postać, która przyglądała się mu w milczeniu.
Jego myśli eksplodowały, do głowy wdarł się niesamowity pisk. Krew lała się strumieniami, czerwień była wszędzie.
I wtedy nastała cisza.
Węzły puściły.
Cierpienie się skończyło, koniec przedstawienia. Chłopiec podniósł głowę i spostrzegł, że powrócił do rzeczywistości. Próbując uspokoić oddech, wstał, cały dygocąc.
- I co? Nie było przecież aż tak źle. - W jego głowie odbił się echem przepełniony grozą głos. Czyżby chłopak wyczuł w nim także rozbawienie?
-  Po co to wszystko?! - wydarł się oskarżycielsko i powolnym krokiem wszedł do łazienki. Oparłszy dłonie na zimnym brzegu umywalki, przemył twarz lodowatą wodą.
- Wątpisz we mnie? - odpowiedziało złowieszcze echo. - Nie zapominaj, kto tu rozdaje karty.
Chłopiec poczuł ukłucie złości. A ty nie zapominaj, że bez mojej pomocy nie jesteś w stanie nic zrobić, pomyślał.
W lustrze odbiły się jak krople krwi dwie szkarłatne tęczówki.

*

Samantha wbiła wzrok w marmurową posadzkę i westchnęła cicho. Dziś otwiera się zupełnie nowy dział w jej życiu, nie wie, czy poradzi sobie, wrzucona tak gwałtownie do zupełnie obcego środowiska. Pomyślała o poprzedniej szkole i od razu wypełniło ją przyjemne ciepło. Tam miała wielu przyjaciół od piaskownicy, nigdy nie musiała zawierać nowych znajomości, dzielić się  urywkami swojej duszy z kimś nieznajomym.
A teraz przyszedł czas na niespodziewaną próbę osobowości.
Serce biło jej z każdą minutą coraz szybciej. Nuciła sobie cicho pod nosem jedną z symfonii Mozarta na uspokojenie. Muzyka była jej pewną strefą komfortu, nieokreśloną przestrzenią, która dodawała jej odwagi. To dzięki niej zaczęła poznawać świat, czuła się tak jakby częścią jakiegoś większego utworu.
- Panno Willard. - Samantha wzdrygnęła się. Ten głos był tak ciepły i przyjemny dla ucha, że mógł należeć tylko do jednej osoby.
- Już idę, pani Brutermeier - Dziewczyna wstała, otrzepała się i podeszła do dość pulchnej sekretarki o miłym wyrazie twarzy, ukrytej za stertą dokumentów. Świadomość, że w pobliżu jest znana jej i godna zaufania osoba, napawała Samanthę swego rodzaju otuchą. Mimowolnie jej kąciki ust uniosły się, formując coś na kształt uśmiechu.
- O to twoje papiery. Cieszę się, że będziemy mogły spędzać ze sobą trochę więcej czasu. -W oczach kobiety płonęły jak zwykle przyjazne iskierki. Wręczyła nastolatce plik kartek i kwitnącego storczyka. - Zanieś jeszcze ten kwiat twojej mamie i podziękuj jej ode mnie za ten przepis. Mały Will w końcu zaczął jeść coś, co nie zawiera sztucznych barwników.
Oj, nie wiem, czy ten Will jest rzeczywiście taki mały, pomyślała Samantha. Sposób żywienia rodziny Brutermeier odbiega nieco od dietetycznych standardów. Nastolatka zawsze po obiedzie u pani Theresy była tak pełna, że mogłaby nie jeść przez kilka dni, a i tak nie cierpiałaby głodu.
- A, i jeszcze chciałam ci powiedzieć, że w szkole będę odzywała się do ciebie w bardziej formalny sposób.  No wiesz, nie chcę, by dyrekcja pomyślała, że spoufalam się z uczniami - dodała sekretarka i uśmiechnęła się po sąsiedzku.
Samantha kiwnęła głową i bezszelestnie opuściła gabinet. Na korytarzu panował jak zwykle nieznośny hałas, spotęgowany dodatkowo szmerem wysłużonej klimatyzacji. Samantha lubiła taki natłok różnych dźwięków. Potrafiła nawet w największym harmidrze wyodrębnić pojedynczą wymianę zdań czy szelest kartek zeszytu.
Nastolatka spuściła wzrok i ruszyła przez obszerny, acz zapełniony nowo przybyłymi uczniami korytarz.


*

- Skąd u ciebie tyle bezczelności?! - wyrwało się w końcu staruszkowi z gardła. Conrad przewrócił oczami i wstał od stołu. Znowu się zaczyna, weteran wygłasza kazanie. Jakby od tego zależał los Stanów Zjednoczonych.
Powstrzymując wybuch złości, wyszedł z pokoju i szybkim marszem dotarł do niewykończonego garażu.
Chłopca uderzył zapach benzyny i smaru, co wywołało na jego twarzy szeroki uśmiech. Chyba bardziej od otwartej toni oceanu i wysokich fal koiła go jedynie prędkość.
Otworzył drzwi garażu i wsiadł za kierownicę sędziwego auta.
SUV odpalił. Wyjeżdżając zza zakrętu, chłopak wrzucił wyższy bieg i skierował się ku portowi. Odczuwał ogromną potrzebę zażycia paru głębszych. Uśmiechnął się pod nosem. Gdyby jego matka to widziała, gdziekolwiek teraz jest.
Słońce chyliło się powoli ku zachodowi. Przydrożne domy zalśniły czerwienią, wszystko tonęło w ciepłych, letnich barwach. Conrad nieznacznie przyśpieszył, gdy nagle ktoś przebiegł mu drogę.
W miarę szybko zareagował. Samochód zatrzymał się, lecz i tak doszło do zderzenia. Ciało odbiło się od maski i wylądowało z tyłu wozu. Chłopiec zjechał na pobocze i ze strachem w oczach podbiegł do leżącej na jezdni osoby.
Serce zabiło mu szybciej. Starał się przypomnieć sobie te wszystkie lekcje z edukacji o bezpieczeństwie i zaklął cicho pod nosem. Rozejrzał się w okół: ulica opustoszała, nie ma przy sobie telefonu. Co powinien zrobić najpierw? Ach tak, puls.
Złapał osobnika za nadgarstek i sprawdził tętno. Nic, zero. W duchu miał nadzieję, że jedynie coś źle zmierzył. Przyłożył swoje ucho do piersi potrąconego, myśląc, że może usłyszy bicie serca albo chociaż oddech. Pełen napięcia wyczekiwał jakiejkolwiek oznaki życia, kiedy poczuł uderzenie w policzek. Wzdrygnął się i złapał za twarz zszokowany.
- Co ty robisz, zboczeńcu! - Dotarły do niego jakieś słowa. Oniemiały spojrzał w dół. Pochylał się właśnie nad jakąś rozwścieczoną dziewczyną o grafitowym spojrzeniu, która zdawała się być lepiej rozeznana w sytuacji niż on. Przez to zamieszanie nie spostrzegł nawet, kogo próbował uratować.
- Ja tylko próbowałem ci pomóc! - bronił się Conrad, wciąż lekko zaskoczony. Dziewczyna wydawała się tracić resztki cierpliwości.
- Jakbyś nie zauważył, trzymam się świetnie, a teraz zejdź ze mnie! - Brązowowłosa zgromiła go wzrokiem. Conrad natychmiast wstał, po czym rzucił jej podobne spojrzenie. W dzisiejszych czasach nie można liczyć nawet na odrobinę wdzięczności.
- To po co pchałaś mi się pod koła?! - wykrzyczał oburzony.
- Wydaje mi się, że to ty chyba ty bardziej się uderzyłeś - odburknęła. - Kto po terenie zabudowanym jeździ z taką prędkością, idioto?!
- Odwal się ode mnie i od mojej jazdy!
- A idź się pie*dolić! - warknęła i, ukazując jednoznaczny gest "przyjaźni", ruszyła pewnym krokiem w stronę molo. Conrad rzucił w jej stronę ostatnie spojrzenie i wrócił za kierownicę. Wciąż nie mógł się na dziwić, jak po takim zderzeniu, ta dziewczyna mogła jeszcze ustać na nogach.